czwartek, 23 czerwca 2022

Sławomir Mrożek „Krótkie, ale całe historie”

Chyba tylko w przypadku nielicznych książek, pamiętam dokładny czas i miejsce ich czytania. Zazwyczaj w przybliżeniu mogę określić moment życia, w którym spotkałam się z daną książką – posiłkując się odniesieniami do etapu edukacji, czy pracy. Bardzo możliwe, że fakt pierwszego czytania „Krótkich, ale całych historii” Sławomira Mrożka zapamiętam z dokładnością do roku. Z drugiej strony, co to za sztuka zapamiętać rok 2020.
 
 
 
◊◊◊
 
1. Przód okładki  zaprojektowanej przez Witolda Siemaszkiewicza. Okładka jest fluoroscencyjnopomarańczowa, czego niestety zdjęcia nie oddają w pełni.
Moje okołoksiążkowe skojarzenia z „Krótkimi...” są słodko-gorzkie, jak zresztą same opowiadania zawarte w tym zbiorze. Na ich trop trafiłam na zgliszczach radiowej Trójki, kiedy odruchowo włączyłam lubianą stację, wciąż nie mogąc pogodzić się z tym, w jak prymitywny sposób została mi odebrana. Z tego powodu, książka ta jest dla mnie zanurzona w gorzkie wspomnienia tego całego polityczno-społecznego koszmaru, zafundowanego nam przez tych, których nieodpowiedzialnie wybraliśmy na kapitanów naszego dumnego okrętu błaznów. Słodyczy gorzkim wspomnieniom dodaje doświadczenie radości z poznawania opowiadań Mrożka, zanurzenia się w pięknym języku, niezwykłej wyobraźni, celności spostrzeżeń autora. „Krótkie...” pomogły mi złapać zdrowy dystans; w jakiś paradoksalny sposób, absurdalne i momentami surrealistyczne opowiadania Sławomira Mrożka okazały się jedną z najnormalniejszych rzeczy, z jaką zetknęłam się w 2020 roku. I wprowadziły mnie w 2021 rok, w którym to kończyłam czytać ten zbiór. Stały się pomostem nadziei w przyszłość (i tak, wiem, to zdanie aż ugina się od grubej warstwy patosu ;P).
 
 
 
„Krótkie, ale całe historie” to 55 utworów (ich tytuły znajdziecie pod koniec tego wpisu), chyba częściej kilku- niż kilkunastostronicowych, z pewnymi dłuższymi wyjątkami. Wybrałam cztery, na przykładzie których mam zamiar opowiedzieć Wam o moim zauroczeniu twórczością Sławomira Mrożka: 
 
2. Przykładowa strona i początek opowiadania „Półpancerze praktyczne”.
„Półpancerze praktyczne” to mój potrójnie pierwszy utwór Mrożka: pierwszy usłyszany w radiu, pierwszy przeczytany w tym zbiorze – bo od niego ta książka się zaczyna i prawdopodobnie mój pierwszy poznany utwór tego pisarza w ogóle. Co do tej ostatniej kwestii nie mam pewności, ale jednocześnie nie mam żadnych wspomnień ze szkoły dotyczących Mrożka, co jest trochę dziwne... Aż mi nerwowo drga żyłka na czole na myśl, że najwyraźniej zmusili mnie do czytania tego cholernego „Pana Tadeusza”, a nie raczyli zmusić do zapoznania się z takimi „Półpancerzami...”! I biedna przez lata żyłam w dziwnym (mylnym!) przekonaniu, że Mrożek to hermetyczne, skomplikowane „coś” dla literaturoznawców z tytułem doktora wzwyż. A to cudownie dostępna, dowcipna proza, czego idealnym przykładem są „Półpancerze praktyczne”. Kilka stron o tym, jak moda to nic innego tylko umiejętnie wytworzona potrzeba posiadania danej rzeczy. Wciąż przeraźliwie aktualne. 
 
 
Początek „Łabędzia” to dla mnie przykład precyzji słowa Mrożka i jednocześnie jego impresjonistycznej zamaszystości: „W parku znajdował się staw. Ozdobą parku był łabędź. Pewnego razu łabędź zginął. Ukradli go chuligani.” (s. 37). Cztery krótkie pociągnięcia pióra i oto mamy zarysowaną scenografię (park, staw), wprowadzonego głównego bohatera (łabędź – choć potem będzie to nowy osobnik) oraz naszkicowany wątek dramatyczno-sensacyjny (kradzież łabędzia) ;) Do tego, nie wiem dlaczego, ale mam takie wrażenie, że jest w tym sporo świadomego przeszarżowania. W tym utworze, na niecałe trzy strony, Mrożek umiejętnie balansuje pomiędzy i jednocześnie zaskakująco przeplata dowcip i wrażliwość. Wspomina o samotności staruszka, który został ochroniarzem nowego łabędzia w parku. I o chłodnym wieczorze, kiedy to „gwiazdy świeciły niezwykle jasno, a każda gwiazda była niczym zimny gwóźdź, wbity do ciepłego, samotnego serca staruszka” (s. 38). Ochroniarz, z łabędziem pod pachą, zaczął chadzać do gospody, aby się rozgrzać. I tak skutecznie się rozgrzewali, że w efekcie obydwoje zostali wyrzuceni z parku („Łabędź zataczał się na wodzie w biały dzień.” (s. 39) ;)). Tak bowiem, „Najskromniejsze nawet stanowisko wymaga pionu moralnego.” (s. 39). 
 
Niektóre opowiadania w tym zbiorze mają charakter komentarza politycznego – niestety, wciąż aktualnego. Np. praktycznie jednostronicowa „Nomenklatura” sprawia wrażenie, jakby została napisana w celu podsumowania zachowań sekciarzy z „Dobrej Zmiany”. Osoby bez kompetencji zawodowych i moralnych osądzają innych, nie mają też oporów, aby rozstrzygać we własnych sprawach i rozgrzeszać się z największych przekrętów. U Mrożka, Zarząd Spółdzielni „Jasna Przyszłość”, po ujawnieniu ich przestępstw – których tym razem nie można łatwo zbyć – przekształca się w Komisję do Badania Przestępczej Działalności Zarządu Spółdzielni „Jasna Przyszłość”. Przy czym, w ramach nowej działalności, członkowie Komisji pobierają wynagrodzenia wyższe niż na poprzednich stanowiskach. Bezkarnie.
 
3. Kilka słów od wydawcy.
Wszystkie te błyskotliwe, krótkie opowieści dają sporo czytelniczej frajdy, ale magia zaczyna się tam, gdzie Sławomir Mrożek się rozpisuje. „We młynie, we młynie, mój dobry panie” to najdłuższe opowiadanie w tym zbiorze (czterdzieści osiem stron), a przy okazji moje ulubione :) Narratorem jest parobek młynarza, opisujący swoje życie we młynie, relacje z jego mieszkańcami. Używa do tego języka, który wydaje się być zbyt skomplikowanym, jak na prostego człowieka, ale jednocześnie pasuje do tej postaci i brzmi autentycznie. Nawet nie tyle chodzi o dobór słów, co o zaskakujący odbiór świata przez parobka, jego postrzeganie, świadomość. Malownicze są opisy przyrody wokół młyna, czy choćby rzeczy tak prozaicznej, jak zwyczaje młynarza dotyczące drzemki („I nie wiadomo, czy sypiał, gdzie popadło, czy też zmiennością jego zlegowisk, przenoszeniem się jego ciała po firmamencie młyna, obejścia i okolicy rządziło jakieś prawo.” (s. 215)). Poetycka proza – tak określiłabym styl Mrożka. Co ciekawe, ostatnio pomyślałam dokładnie to samo przy okazji czytania powieści Hermanna Hessego. Hesse jest może poważniejszy, Mrożek ma z kolei więcej ironicznego poczucia humoru, ale łączy ich wrażliwość, wyczulone zmysły i umiejętność obserwacji świata wokół nich. I talent w przenoszeniu tego na papier. Wracając do tematu, nie tylko stylem urzeka „We młynie...”, ale także fabułą – odczytywaną dosłownie i metaforycznie. Pewnego dnia parobek odkrywa, że rzeka przyniosła ciało, które zablokowało koło młyńskie. Nie są to jedyne zwłoki, które pojawiają się w tym opowiadaniu... Atmosfera robi się dziwna, nieco absurdalna, nieco groteskowa. Równocześnie jest w tym wszystkim coś normalnego i ludzkiego, chociaż nie zawsze łatwego. Świadomość i melancholia przemijania. Dziwna tęsknota, która szarpie najczulsze struny duszy.
 
 
 

autor: Sławomir Mrożek

tytuł: Krótkie, ale całe historie*

(wydanie pierwsze w tej edycji)

wydawca: Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ISBN: 978-83-7392-351-5

projekt okładki: Witold Siemaszkiewicz

oprawa: twarda z obwolutą

wymiary: 19,3 × 12,2 × 2,7 cm

liczba stron: 368

waga: 401 g

cena: 34,00 zł

moja ocena treści: 5/5

moja ocena wydania: 3/5

 
* W zbiorze zawarte są następujące opowiadania:
1. Półpancerze praktyczne
2. Trio
3. Uwagi historyczne
4. Słoń
5. Z ciemności
6. Proces
7. Łabędź
8. Lew
9. W szufladzie
10. Peer Gynt
11. List z domu starców
12. Z gawęd wuja
13. Życie współczesne
14. Zdarzenie
15. W podróży
16. Zakochany gajowy
17. Wiosna w Polsce
18. Kronika oblężonego miasta
19. Na stacji
20. Odjazd
21. Wesele w Atomicach
22. Wspomnienia z młodości
23. Moralność
24. Uchwała
25. Ptaszek ugupu
26. Ad astra
27. Jak walczyłem
28. Krótka, ale cała historia
29. Goniec cesarski
30. Dwa listy
31. We młynie, we młynie, mój dobry panie
32. Ten, który spada
33. Mój przyjaciel nieznajomy
34. Małpa i generał
35. Trudne życie
36. Koegzystencja
37. Tak się nie robi
38. Nasze i inne zwierzęta
39. Buntownik
40. Pomnik
41. Najpiękniejszy widok świata
42. Cud gospodarczy
43. Zero
44. Mizantrop
45. Służba zdrowia
46. Postęp i tradycja
47. Sprawiedliwość
48. Nowe życie
49. Trzy pokolenia
50. Partner
51. Niedźwiedź
52. Antyk
53. Nomenklatura
54. Rewolucja bis
55. Fakir
 
PS Jedną z książek, którą czytałam równolegle do „Krótkich, ale całych historii” Sławomira Mrożka jest „Narcyz i Złotousty” Hermanna Hessego. I nie tylko ci dwaj pisarze połączyli mi się w skojarzeniu „twórcy poetyckiej prozy”, ale także mam wrażenie, jakby postać Złotoustego była postacią z opowiadania Mrożka (nawet przypomina mi parobka z „We młynie...”). Splotły mi się zabawnie te dwie książki we wspomnieniach i ciekawe, czy w przyszłości już zawsze będę myślała o nich łącznie?

1 komentarz: