czwartek, 14 kwietnia 2022

Z powrotem i Tam

Kapały wolno jałowe dni i bezsenne noce, podobne do siebie jak krople wody i atramentu. Wykonywałem teraz swe zwykłe obowiązki machinalnie i bez sprzeciwu, ale wcale nie czułem się lepiej. Popadłem w dziwny stan ducha. Był to rodzaj pustki, zaćmienia, bezruchu, jakiejś koszmarnej luki w życiu, ciszy morskiej, bez przyjaźni, bez marzeń, bez odrobiny radości czy cierpienia. Trwało to długo, nieskończenie długo. Ale wreszcie coś się zaczęło zmieniać.
(Zbigniew Batko) 
 
◊◊◊
 
Kiedy patrzę na mój poprzedni wpis na blogu, o problemach z czytaniem, to mam ochotę powiedzieć sobie z przeszłości: dziecko drogie, ty jeszcze nic nie wiesz o bezczytności, najgorsze wciąż przed tobą! Bo właśnie tak, z perspektywy tych kilku lat, mogę określić moją czytelniczą drogę. Od 2016 roku słabło moje zaangażowanie w czytanie książek (chociaż wcale tego nie chciałam) i w 2019 roku przeżyłam największy czytelniczy kryzys w całym moim dotychczasowym życiu. Ukończyłam tylko dwie książki, ale nie ich liczba jest najważniejsza tylko to, że przerwałam zupełnie „ciągłość czytania” tzn. książki te przeczytałam w pierwszym kwartale roku a potem nastąpił około dziesięciomiesięczny zastój, totalna flauta. Miałam zaczętą „Sztukę śmierci” Aleksandry Marininej, która okazała się najgorszą częścią tak lubianej przeze mnie serii o Nastii i mam wrażenie, że mnie po prostu teatralnie dobiła. „Sztukę...” bohatersko doczytałam na początku 2020 roku, tuż przed ukończeniem nie aż tak ekscytujących „Pogrzebanych” Jeffery’ego Deavera  (nie pamiętam, czy tę książkę zaczynałam w 2020, czy leżała „rozgrzebana” od poprzedniego roku...). Swoją drogą, to nawet zabawne, jak tytuły tych książek trafnie opisują stan mojego ówczesnego czytelniczego ducha... Wyjść z bezczytności udało mi się w 2020 roku i jest to jedna z tych rzeczy, którą akurat mogę zaliczyć do pozytywnych wspomnień związanych z TYM rokiem, chociaż też nie od razu stanęłam pewnie na czytelniczych nogach. 
 
 
Decyzję o tym, że czas najwyższy zrobić coś z czytelniczym zastojem podjęłam pod koniec 2019 roku i bezpośrednio było to spowodowane uświadomieniem sobie, że idiotyczne jest kupowanie nowych książek w sytuacji, w której nic nie czytam (w 2019 kupiłam 16 książek, co może i nie jest przerażającą liczbą, ale jest to przerażająco więcej niż przeczytałam). Postawiłam sobie sprawę jasno: albo czytam i (ewentualnie) kupuję nowe książki, albo nie czytam i nie kupuję (idealny jest scenariusz, kiedy czytam więcej niż kupuję). Nie umiem do końca powiedzieć, na ile pandemia wpłynęła bezpośrednio na pokonanie bezczytności. Wydaje mi się, że ten okres epidemii (zwłaszcza jej wybuchu) miał wpływ w dwóch aspektach: zyskałam trochę więcej czasu, żeby przemyśleć sobie różne sprawy, w tym kwestię czytelnictwa; po drugie, stres związany z nowym kryzysem, nieprzewidywalnością i zderzenie z myślą o ulotności życia ludzkiego pozwoliły mi znaleźć w sobie determinację do zmierzenia się z pewnymi zaległościami oraz sprawiły, że szukałam czegoś pozytywnego, co pomoże mi psychicznie przetrwać trudny czas (więc tęsknota za literaturą odezwała się we mnie ze wzmożoną siłą). Postanowiłam podejść do sprawy metodycznie i spróbować zrozumieć przyczynę bezczytności poprzez analizę zastałej sytuacji. Zaczęłam od podstaw, czyli pytania: czy ja w ogóle potrzebuję książek do szczęścia? A jeśli tak – to dlaczego? Przywołałam ze wspomnień te chwile, w których czytanie sprawiało mi najwięcej przyjemności i budziło najszczerszy zachwyt. Zauważyłam, że nie tylko chcę wrócić to tych doświadczeń, ale i mogę je wzbogacić o lepsze rozumienie czytanych utworów – a to za sprawą magicznej rzeczy jaką jest starzenie się! ;) Czy też, precyzyjniej sprawę ujmując: związane z upływem lat, psycho-emocjonalne dojrzewanie. Przyznaję, że lubię obserwować w sobie ten proces wyostrzania się umysłu z biegiem lat oraz jak przekłada się to na czytelniczą satysfakcję. Ach, to zabawne uczucie, kiedy człowiek uświadamia sobie: jak ja mogłam TEGO wcześniej nie dostrzegać, przecież to jest takie OCZYWISTE! I otwierają się kolejne przestrzenie. I od razu mam ochotę nucić za Markiem Grechutą: „otworzyły się oczy niebieskie...”. Wiąże się z tym (dojrzewającym umysłem, nie oczami), odpowiedź na pytanie: co takiego jest w książkach, czego inne dziedziny sztuki, czy zainteresowania itp. mi nie dostarczą? Zrozumiałam bowiem, że w okresie bezczytności zdecydowanie brakowało mi kontaktu z literackim językiem, a także przyłapywałam się na tym, że się... intelektualnie nudzę? A jednak tak było. Język, zwłaszcza polski, jest dla mnie bardzo ważny. Lubię jego brzmienie, melodię, szeleszczenie i niesamowity zasób słów. Książki okazują się być bramą do tego języka, zwłaszcza tej odmiany, z którą nie ma się za dużo do czynienia w życiu codziennym. Dopiero wejście w świat opowieści pozwala odkrywać bogactwo języka, a z pośród różnych dziedzin sztuki, literatura jest formą, która najbardziej mi odpowiada jeśli chodzi o celebrowanie języka. ... Ech... Żebyście mieli pojęcie, jak moja własna, niewdzięczna wyobraźnia potrafi mnie sabotować, zwłaszcza wtedy, kiedy próbuje być poważna i merytoryczna, to tylko wspomnę, że „celebrowanie języka” wywołało w mej głowie wizję tańczących wokół ogniska ozorków. I co ja mam niby teraz z nimi zrobić?! Cholera, zaczęły tańczyć kankana... A poszły mi stąd! I poszły, pokazując na odchodne język. Bezczelne małe s... Nooo... To miałam pisać o intelektualnej nudzie. Uważam się za refleksyjną osobę i zazwyczaj bez problemu znajduję sobie tematy do rozmyślań, więc nie podejrzewałam, że mam tu jakiś ukryty problem. Jednocześnie były takie dziwne momenty, w których łapałam się na tym, że bez książek czegoś mi brakuje. I chyba nie chodzi tylko o tematykę (chociaż o nią oczywiście też), ale i o formę, kompozycję utworu, styl. I o tego człowieka po drugiej stronie książki. Tak jak nie lubię czytać biografii, tak lubię próbować rekonstruować autora z jego dzieł. Najogólniej mówiąc, czytane książki są po prostu wdzięcznym tematem do rozmyślań i nie wydaje mi się, żeby można było w ogóle znaleźć ich substytut w tym względzie. Powodem, dla którego także chciałam wrócić do czytania okazało się coś może i niepozornego, ale ważnego, czyli to, że czynność czytania jest dobrym sposobem na odpoczynek. Przynajmniej dla mnie, czytanie jest relaksujące, ponieważ skupia myśli na konkretnej opowieści i pozwala nabrać dystansu do innych spraw. Poza tym, ułatwia takie zatrzymanie się na chwilę i fizyczny odpoczynek, bo zauważyłam, że jak otwieram książkę, to odruchowo biorę głębszy oddech. Podbudowana tymi wszystkimi pozytywnymi aspektami czytania, pełna tęsknoty za literaturą oraz pełna chęci powrotu do niej, musiałam już tylko zmierzyć się z tym najważniejszym, frustrującym pytaniem: dlaczego nie jestem w stanie czytać? 
 
Dotarło do mnie, że muszę zejść głębiej. Gdyż nie chodzi tylko o brak czasu, zmęczenie, fakt iż poświęcam czas wolny innemu hobby, czy nieatrakcyjność konkretnych książek, po które próbowałam sięgać. Należy zejść głębiej. Ta wyprawa pozwoliła mi odkryć, coś bardzo ważnego, czyli to, jak bardzo kontakt z własnymi emocjami wpływa m.in. na czytelnictwo. Udało mi się zaobserwować, że w trudnych momentach, zapewne w celu uniknięcia przygniecenia przez negatywne doświadczenia, odruchowo dystansuję się, odcinam od pewnych emocji. Podejrzewam, że wadą takiego zachowania może być to, że odcinam się zbyt mocno, albo niepotrzebnie tracę kontakt także z pozytywnymi emocjami? Czasem trudno zrozumieć nieświadome zachowania... Chociaż chyba z psychologicznego punktu widzenia ma to sens i swoją drogą to zadziwiające, jakie przedziwne „bezpieczniki” ma nasz organizm, jak bardzo – poza naszą wolą – ma zakodowany instynkt przetrwania. Mówi się, że czytanie pomaga rozwijać empatię i jest sposobem (bezpiecznego) przeżywania emocji (podobno nasz mózg nie rozróżnia, czy dana emocja została wywołana poprzez kontakt z wytworem sztuki, czy jest doświadczeniem z naszego życia – przynajmniej tak słyszałam). Wydaje mi się, że jednocześnie pewna podstawowa forma empatii i emocjonalności jest potrzebna, żeby w ogóle zacząć czytać. Czy też wyjść z bezczytności. W moim przypadku hipoteza, że kontakt z emocjami wpływa na czytanie, sprawdziła się nie tylko w odniesieniu do 2019 roku (dopiero z perspektywy czasu dostrzegłam, jak bardzo obciążyła mnie psychicznie sytuacja w pracy i „pół tuzina” spraw, które się na nią nałożyły – chociaż, jak ten rok trwał, to wydawało mi się, że sobie jakoś radzę...), ale i w odniesieniu do momentów z dalszej przeszłości. O ile dobrze pamiętam, to pisałam na blogu, że nie rozumiem, dlaczego na niektórych etapach życia miałam problemy z czytaniem książek. Już się nie dziwię, bo zdecydowanie były to chwile, w których odcinałam się od własnych emocji. Trudno jest mi dokładnie określić, jak odzyskałam ten kontakt w 2020 roku, ponieważ był to proces, który zadział się gdzieś między wiosną, a jesienią i nie dotyczył tylko czytelnictwa. I wciąż nie jest dla mnie w pełni uchwytny. Czuję także, jakby dopełnił się gdzieś poza mną. Uważam, że pomogło to, że poświęciłam czas, żeby zastanowić się nad pewnymi kwestiami. Uświadomienie sobie problemów i ich zależności, skonfrontowanie się ze spychanymi na dalszy plan przeżyciami, dało początek do wprowadzania zmian. W zrozumieniu ludzkich mechanizmów zachowań, którym podlegam (jak również osoby wokół mnie) pomogła mi psychologia. W wytrwałości i nadziei na pozyskanie sensu wsparła mnie wiara i duchowy rozwój. Nie o wszystkim mogę powiedzieć, że układa się obecnie tak dobrze, jak moje czytelnictwo, ale przynajmniej pocieszam się, powtarzając za Batko: „Ale wreszcie coś się zaczęło zmieniać.”. I może nie muszę wszystkiego rozumieć tak do końca. Żałuję tylko, że nie mam konkretniejszych rad dla tych, którzy być może także zmagają się z bezczytnością. Boję się, że niewielką pociechą jest stwierdzenie, że można z tego wyjść... Z drugiej strony, może sęk w tym, że nie istnieje panaceum i każdy przypadek należy rozpatrywać indywidualnie? A ja mogę jedynie zasugerować, że warto na problem z czytaniem spojrzeć nie jak na istotę problemu, ale jak na objaw czegoś głębszego, co nas w życiu uwiera. I w miarę potrzeb i możliwości, warto szukać profesjonalnej pomocy np. psychologa. Na pewno jesteście tego warci.
 
 
 
Pierwszą książką wybraną na tą, która miała mi pomóc wrócić do czytania na wiosnę 2020 roku, był „Rob Roy” Waltera Scotta. Bardzo bezpieczny wybór, swoisty „pewniak”. Powieść dobrana według klucza „książkę znam i lubię, więc jest szansa, że mnie nie znudzi i nie zniechęci do dalszego czytania”. Faktycznie dobrze mi się ją czytało, chociaż ostatni rozdział czekał na ukończenie kilka miesięcy... Potem sięgnęłam po nieznany mi wcześniej „Dom na wrzosowisku” Elizabeth Gaskell i to przy tym utworze coś „zaskoczyło”. Śmieję się sama z siebie na myśl, jak zareagowałam na „Dom...” i jaki czułam zachwyt. I nie chcę umniejszać autorce, uważam Gaskell za dobrą pisarkę i chętnie sięgam po jej twórczość. Niemniej w moim przeżyciu jej książki było coś ponad tylko wypływającego z samej lektury. Czułam się, jak spragniony wędrowiec, który po przejściu pustyni dostał szklankę wody – i nawet jeśli nie był to boski nektar, to tak smakowała. Po kolejne książki sięgałam już bez większego problemu. Mogę stwierdzić, że od jesieni 2020 roku czytam regularnie. Co prawda, zdarzały mi się po drodze jeszcze pewne przerwy, ale już nie tak długie i sprawniej z nich wychodziłam. Chciałam napisać, że wróciłam do czytania, jednak mam wrażenie, że to za mało powiedziane. W pewien sposób udało mi się nie tylko wrócić, ale i wyjść krok poza to, co było, ponieważ moje obecne doświadczanie literatury różni się od tego, co wcześniej znałam. Czy przerwa pozwoliła na spojrzenie „świeżym okiem”, albo na uwolnienie się od schematów? Chyba nie oczekujecie, że udzielę Wam prostej odpowiedzi? Tak dobrze, to nie ma! ;) Dla mnie, całe to czytelnicze zamieszanie jest kolejnym przykładem tego, że przeżycie trudnych momentów niesie za sobą słodką szansę rozwoju, a wypadnięcie z kolein otwiera możliwość dostrzeżenia nowych dróg. Nie oddałabym tego za nic. 
 
 
Jakie pytanie powróciło z wdziękiem bumerangu, kiedy na nowo zaczęłam czytać książki? Oczywiście, że: „Co z blogiem?”. Pytanie, które nie opuściło mnie od ostatniego wpisu z 2016 roku, a jedynie straciło na sile w okresie narastającej bezczytności. Na tyle zdążyłam polubić pisanie o książkach, że przez te wszystkie lata blogowego zastoju nie umiałam z tego ostatecznie zrezygnować. Jedną z rzeczy, która nie pozwalała mi odpuścić były pomysły na wpisy zanotowane w zeszycie – pomysły, których poza blogiem nie miałam jak zrealizować, a jednocześnie nie umiałam ich porzucić, ponieważ były czymś, o czym chętnie bym napisała. Żal mi było okrutnie tych niewykorzystanych pomysłów. I tych wszystkich pozytywnych doświadczeń związanych z pisaniem. Próbowałam kilka razy wrócić do blogowania, przez różne tematy, ale za każdym razem rozsypywało się to, jak fale roztrzaskujące się o brzeg. Byłam jak bohater Mrożka, który „(...) zdawał się mieć jakieś projekty czy chęci. Ale raczej były to chęci projektów i zamiary chcenia (...)”. Pomógł mi pewien rodzaj przypadku... Uparłam się, że chcę zacząć od „wpisu powrotnego” i chociaż byłam pewna, że uda mi się go opublikować najpóźniej zeszłej wiosny – to wszyscy widzimy, co z tego (nie)wyszło. W międzyczasie zaczęłam kończyć kolejne książki, o których szczególnie chciałam wspomnieć na blogu i żeby nie zapomnieć przemyśleń na ich temat, to zaczęłam spisywać je na brudno. Okazało się to kluczowe z dwóch powodów. Po pierwsze, te „brudnopiski” stały się bardziej namacalną wersją „niewykorzystanych pomysłów”. Rok 2022 przywitałam z zerową liczbą wpisów powrotnych i z kilkoma wersjami na brudno wpisów o przeczytanych książkach. Gdyby nie te ostatnie, to czuję, że autentycznie dałabym sobie spokój z urojeniami na temat prowadzenia bloga. Ale nagle okazało się, że mam garść prawie gotowych wpisów, które naprawdę potrzebują już tylko drobnych szlifów (!). Cel zdawał się być w zasięgu ręki i żal mi było okrutnie tych niewykorzystanych wpisów. Drugi sposób, w jaki pomogły mi „brudnopiski” polegał na tym, że tworzenie ich uświadomiło mi, jak bardzo lubię pisać o książkach. „Poczułam krew” – chociaż to brzmi fatalnie... Zresztą, jestem przeciwniczką myślistwa, które nie wynika z konieczności zdobywania pożywienia (wędkarstwo też jest szemraną sprawą), więc wolałabym inaczej to określić. Poza tym, nie traktuję książek, jak krwawych zdobyczy, które mam ochotę rozszarpać, a w najlepszym razie pożreć... „Złapałam trop”? Zaufajcie mi, to lepsza metafora i jakoś ją wybronię ;) Moje uczucia podczas pisania skojarzyły mi się z wyżłem, który złapał trop. Nie chodzi o element polowania, pogoni, czy łapania zdobyczy, ale o ten konkretny moment „złapania tropu”. Nie wiem, czy widzieliście wyżła, który coś wyczuwa, ale cały wtedy nieruchomieje i charakterystycznie podnosi przednią łapę. Jest w nim napięcie oznaczające gotowość do działania, jak również rodzaj pewności, że wyczuł coś – być może ważnego – widoczny po rozszerzonych nozdrzach. I przenikająca go ekscytacja. Właśnie te pozytywne emocje chciałam przekazać w swojej metaforze. Czuję, że pisanie o książkach to moja mała, pisarska nisza i nie mam ochoty z tego rezygnować, nawet jeśli cały mój zapał to tylko przejaw grafomanii. Stanisław Jerzy Lec stwierdził, że „Tylko u geniuszy i grafomanów czuć pierwotną pasję.”. 50% szansy na to, że nie jest się grafomanem to i tak większe prawdopodobieństwo niż w przypadku głównej wygranej w „totka”, więc chyba zaryzykuję ;P
 
Postanowiłam wyrażać swoje opinie o przeczytanych książkach nadal w postaci wpisów na blogu, ponieważ jest to forma najbardziej mi odpowiadająca z dostępnych w Internecie. Zdecydowałam się na kontynuowanie starego bloga, ponieważ nie chciałam przekreślać istniejących już wpisów – i tak, czasami skręcam się z zażenowania podczas ich czytania, ale miewam też chwile rozczulającego zdumienia „ojej, ja to napisałam?”. Poza tym, doszłam do wniosku, że ważna jest dla mnie kontynuacja. Blog od początku miał w jakiś sposób odzwierciedlać moją czytelniczą drogę, więc może niech robi to w sposób realistyczny. Skoro dopadła mnie bezczytność, ale i udało mi się z niej w końcu wyjść, to nie chcę tworzyć w nowym miejscu lukrowanej rzeczywistości, że zawsze było super i książki same mi się czytały. Zwłaszcza, że jak zaczynałam przygodę z blogowaniem, to byłam pewna, że nie grozi mi żadna przerwa (tak, na zasadzie „mnie to nigdy nie będzie dotyczyło”)... Kontynuacja dawnego bloga pozwoliła mi na uchwycenie tych mniej beztroskich czytelniczych doświadczeń, co okazało się dla mnie zwyczajnie ważne. Nie zmieniałam nazwy bloga, ani pseudonimu, gdyż niespodziewanie odkryłam, że wciąż mają dla mnie znaczenie. Nie tylko określają (z odrobiną przekory ;)) moje podejście do literatury, ale i przypominają mi o czymś, czego nie chcę utracić: o bezinteresowności w kontakcie z literaturą. Owszem, czytanie dużo mi daje, ale gdzieś u podstaw tego wszystkiego jest takie proste, dziecięce sięgniecie po książkę, bo sama w sobie jest ona fascynująca i nie liczenie przy tym na zyski. Korzyści płynące z obcowania z książką, to tylko skutki uboczne jej czytania. Jeżeli chodzi o moje blogowe plany, to zdecydowanie są one sponsorowane przez literkę „r” i hasło „realistycznie”. W pierwszej kolejności skupię się na dokończeniu wpisów o przeczytanych książkach, które mam przygotowane na brudno. Ambitniejsze tematy poczekają aż odrdzewieje moja umiejętność pisania. Podejrzewam, że zwłaszcza na początku, będę próbowała pisać krócej, ale częściej, bo chociaż lubię się rozpisywać, to w pierwszej kolejności chciałabym popracować nad regularną częstotliwością wpisów. I hej, zanim się rozmarzycie, „regularna częstotliwość” prawdopodobnie oznacza raz w miesiącu – uprzedzałam: „realistycznie” ;) Możliwe, że wpisy będę ukazywały się w czwartek, bo to mój ulubiony dzień tygodnia :) I na pewno pierwszą książką, o której będę chciała napisać po powrocie, będą „Krótkie, ale całe historie” Sławomira Mrożka. Nie wiem, czy uda mi się zrealizować blogowe plany, chociaż starałam się realistycznie zawieszać poprzeczkę (echem, ja jej nawet nie „zawiesiłam”, ja ją „położyłam na ziemi”...), ale pierwszy raz od dłuższego czasu czuję, że koniec końców będę miała powody do odtańczenia mojego małego tańca zwycięstwa. Realistycznie. Pozostaje mi powtórzyć za My Morning Jacket: „Hope to dance the victory dance / After whole day's work is done / Hope to dance the victory dance / In the evening's setting sun”.
 
 
PS Ciekawa jestem, czy macie jakieś sprawdzone sposoby na pokonywanie czytelniczych przestojów? A może macie ulubioną książkę, która zawsze niezawodnie wyciąga Was z bezczytności?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz