środa, 9 kwietnia 2014

M.C. Beaton „Agatha Raisin i krwawe źródło”

Źródlana woda z Ancombe. Kiedyś przypisywano jej cudowne właściwości, z czasem zaczęto ją traktować po prostu jako smaczniejszy zamiennik kranówki, a ostatnio stała się kością niezgody między zwolennikami i przeciwnikami komercjalizacji wsi. Oraz miejscem zbrodni. Panna Jakes, która w XVIII wieku uregulowała przepływ wody, chyba nie spodziewała się, że jej „dar dla ludzi” doprowadzi do takich konfliktów i morderstw. Z drugiej strony, woda wypływa z muru, „z ust wyrzeźbionej czaszki wprost do płytkiej, wkopanej w ziemię niecki” (s. 6), więc niejako została naznaczona symbolem śmierci...

◊◊◊

1. Przód okładki zaprojektowanej przez
RJ PROJEKT Roberta Jasińskiego.
Cudowna czy nie, źródlana woda z Ancombe ma w sobie coś ożywczego. Nie tylko dlatego, że wyzwala w mieszkańcach wsi gwałtowne emocje. Sama powieść, na tle poprzednich dwóch tomów serii (patrz tom 5 i 6), budzi pewną nadzieję, że oto autorka poczuła przypływ nowej energii twórczej i świeżej myśli. „Agatha Raisin i krwawe źródło” to całkiem wciągający lekki kryminał, którego czytanie było przyjemnością. Wydaje mi się, że głównym atutem książki jest to, że kilka różnych konfliktów przeplata się ze sobą, potęgując nastrój napięcia i malując przy tym interesujący obraz współczesnej, angielskiej wsi. Głównym punktem zapalnym jest pomysł braci Freemontów na sprzedawanie wody z Ancombe. Nie wzbudza on powszechnego entuzjazmu (pomimo, że mieszkańcy wsi nadal mogliby korzystać za darmo ze źródła, przynajmniej w określonych godzinach) i szybko dzieli lokalne środowisko na zwolenników i przeciwników planu przedsiębiorczych braci. Trzeba przyznać, że zarzut o komercjalizację i sprzedawanie tradycji wypada słabo w zestawieniu z tym iż to właśnie turyści i ludzie z zewnątrz, którzy kupują i remontują stare chaty, przyczyniają się do trwania i rozwoju wsi. Chociaż takich, co „przypadkiem” niszczą zabytki, by wybudować na ich miejscu kolejny supermarket też nie brakuje... Należy wspomnieć, że nasza droga Agatha podejmuje pracę dla Freemontów - impulsywnie, bo irytująca sąsiadka insynuuje jej, że Raisin nie ma nic do roboty - hm, można i tak. Aggie zajmuje się promowaniem wody i całą swoją energię wkłada w przygotowanie doskonałego festynu z tym związanego. Czy uda się jej odnieść sukces?

2. Przykładowa strona „Agathy
Raisin i krwawego źródła”.
Praca zlecona Agacie do najłatwiejszych nie należy, ponieważ wiąże się z nią konieczność kontaktowania się z członkami rady gminy z Ancombe, a to prawdziwa galeria osobliwości. Głosy radnych rozkładają się po równo „za” i „przeciw” biznesowi Freemontów, a przewodniczący, który miał mieć rozstrzygający głos zostaje znaleziony martwy w cudownym źródełku. Nie wiadomo, jak chciał zagłosować, więc trudno wytypować komu najbardziej zależało na jego uciszeniu. Przy czym sojusznicy Agathy w radzie Ancombe, wcale nie są sympatyczniejsi od przeciwników, a nawet chętnie sami sobie skaczą do gardeł. Radnych skłóca nie tyle sprawa źródła, co osobiste zatarczki typu: ktoś komuś odbił ukochaną, ktoś komuś zazdrości miłości, pieniędzy, szczęścia. Raisin rozmawia z nimi zawodowo i prywatnie - bo trochę węszy w sprawie morderstwa - i m.in. składa wizytę pani Jane Cutler, której „żadna siła nie zdołałaby powstrzymać (...) przed wyrażeniem niepochlebnej opinii o bliźnim” (s. 49). Nie lepsza jest Angela Buckley, która o pani Cutler mówi wprost: „Co za złośliwa małpa! Tyle razy naciągano jej skórę, że jak się uśmiecha, to jej się odbyt rozszerza.” (s. 54) - taa... po prostu urocza, sielska atmosfera wsi... Podejrzani stają się też bracia, ponieważ rozgłos związany z morderstwem pomaga zwrócić uwagę mediów na ich produkt. Ale „(...) przecież nikt nie morduje dla reklamy. A może jednak?” (s. 215). Na pewno znalezienie zwłok w źródle pomaga narobić szumu wokół promowanej wody, co jednak nawet w zawodowo bezwzględnej Agacie budzi wewnętrzny sprzeciw, a dla czytelnika może być chwilą refleksji o granicach (lub ich braku) marketingu i środkach „uświęcających” cel.

3. Tył okładki zaprojektowanej przez
RJ PROJEKT Roberta Jasińskiego.
Swoje trzy grosze do sprawy dorzucają obrońcy zwierząt z grupy Ratujmy Nasze Lisy, którzy nagle swoją uwagę z futrzaków przerzucają na źródlaną wodę. Jamesowi Laceyowi wydaje się to podejrzane i postanawia przyjrzeć się bliżej grupie miłośników przyrody. Odkrywa przy tym różne motywacje działaczy i nie zawsze szlachetne intencje. W międzyczasie Agatha rozmawia z podejrzanymi i próbuje dowiedzieć się czegoś o morderstwie na własną rękę. Zdarzało mi się marudzić, jak nudne bywają takie rozmowy (np. przy opisywaniu „Agathy Raisin i wrednego weterynarza”), ale w tym tomie wypadają zaskakująco dobrze. Lacey i Raisin przez większość czasu prowadzą oddzielnie swoje amatorskie dochodzenia i w jakiś sposób takie rozwiązanie podobało mi się bardziej niż ich współpraca. (Nie)stety ich rywalizacja nie przeradza się poważny pojedynek. Chociaż mogłoby to być ciekawe: dwoje zapalonych detektywów-amatorów, byłych narzeczonych, których ambicje ścierają się na drodze do rozwiązania zagadki... Wracając na ziemię z tego mojego rozmarzenia zdradzę, że pani Bloxby, spokojna pastorowa z Carsely, będzie miała w tym tomie kilka trafnych uwag dotyczących śledztwa, o zaskakującej akcji z rewolwerem (o_O) nie wspominając! Policjant i przyjaciel „Rodzynki”, Bill Wong, dla odmiany zdumiewał mnie swoją niekonsekwencją: z jednej strony zachęcał Agathę do węszenia, bo policji brakowało tropów (potem mówi, że stróże prawa cały czas trzymali rękę na pulsie...), a następnie czerwony z gniewu wygarnie duetowi Raisin & Lacey: „Tym razem posunęliście się za daleko. Jeżeli was oskarży [osoba, którą „przesłuchiwali”], nie zdołam was wybronić. Dajcie sobie spokój z tą sprawą. Nie powinienem was zachęcać.” (s. 190). Och, no faktycznie, kto by się spodziewał, że dwoje cywilów szukających informacji na temat morderstwa, może się narazić na oskarżenia o nachodzenie, nękanie i prześladowanie, no kto?! Do tego jeszcze, całkiem zabawnie wypada sugerowanie autorki, że nasza para emerytów-detektywów jest dociekliwa niczym najwięksi detektywi znani z literatury ;) Jak nie Bill traktuje Agathę niczym Sherlocka Holmesa („Oczekujesz, że dostarczę twojemu znudzonemu umysłowi zagadkę kryminalną, którą będziesz mogła rozwiązać. Nie spodziewaj się, że ludzie zaczną zabijać, żeby zapewnić ci rozrywkę.” (s. 12)), to James ma halucynacje: „Czuł się jak detektyw Poirot z powieści Agathy Christie. Żałował tylko, że nie ma biblioteki, żeby stanąć na dywaniku przed marmurowym kominkiem i opowiedzieć, w jaki sposób wykrył sprawcę.” (s. 113) ;)

Lekki ton całej opowieści zaburzają fragmenty poświęcone życiu osobistemu Agathy. Mają one w sobie jakąś poważną nutę, gorzki posmak i wymykają się stereotypowi „wyjechała na wieś i znalazła Księcia z Bajki”. Nadal podoba mi się takie pokazanie sfery uczuć „Rodzynki” i wciąż się zastanawiam, czy M.C. Beaton jakimś cudem tak to zaplanowała (mimo wszystko wydaje mi się to średnio prawdopodobne...), czy tak to jej po prostu wyszło. Na przykładzie Agathy widzimy, że nie wystarczy mieć pieniądze, by ułożyć sobie życie na wcześniejszej emeryturze. Główną bohaterkę dopadają, zapewne przez lata spychane, negatywne uczucia, brak akceptacji siebie, podstawowy brak lubienia siebie. Trudno stworzyć dobrą relację z drugą osobą, kiedy człowieka zżerają kompleksy. Agatha znowu ląduje po pijaku w łóżku z przypadkowym mężczyzną i wcale nie sprawia jej to radości. W nowej fascynacji oraz „zakochaniu” szuka ucieczki od samotności, a znajduje coraz gorsze samopoczucie. „Zakochanioholizm” pozornie jest zabawny, bo niby dostarcza dwuznacznych sytuacji damsko-męskich i wprowadza nastrój flirtu, ale działa jak każde uzależnianie: tylko pogrąża główną bohaterkę. Nie wiem, może perypetie Agathy z mężczyznami miały być zabawne, ale sprawiają, że po prostu jest mi jej żal. No i jak tu śmiać się z kogoś, czyje „życie ma ostatnio smak czerstwego rogala ze spleśniałym dżemem” (s. 8)?

Połączenie kilku ciekawych kontrastów, które możemy obserwować w „Agacie Raisin i krwawym źródle”, całkiem ciekawy przebieg fabuły z odrobiną wątku kryminalnego i goryczki związanej z sercowymi zawodami Agathy - to wszystko sprawiło, że treść książki oceniam na 4/5. Z kolei wydanie, w moim odczuciu, zasłużyło tylko na 3/5. Grafika na okładce (patrz zdjęcie nr 1.) jest bez polotu i w pierwszym momencie skojarzyła mi się z krwawiącym otworem oddechowym wieloryba, a nie z wiejskim źródełkiem... Poza tym (odkryłam spisek! ;)), w nagłówku rozdziału szóstego, liczba jest zapisana słownie, a nie jak w innych rozdziałach cyframi rzymskimi.


autor: M.C. Beaton
tytuł: Agatha Raisin i krwawe źródło
tytuł oryginalny: Agatha Raisin and the Wellspring of Death
tłumaczenie: Monika Łesyszak
seria: Seria kryminałów (tom 7)
wydawca: Wydawnictwo Edipresse Polska SA
projekt okładki: RJ PROJEKT Robert Jasiński
oprawa: miękka
wymiary: 17,8 × 11 × 1,7 cm
liczba stron: 240
waga: 177 g
cena: 13,99 zł
moja ocena treści: 4/5
moja ocena wydania: 3/5

PS Wizja piekła według Roya Silvera: „Czy wiesz, że jeden z kręgów piekła, do którego przypuszczalnie trafię, urządzono na wzór wielkiego supermarketu? Wózki zawsze gubią kółka, a dzieci ryczą. I zawsze przynajmniej jeden produkt w moim koszyku nie ma kodu kreskowego. Czekam i czekam w nieskończoność, aż ktoś z obsługi znajdzie egzemplarz z kodem. Stojący za mną w kolejce ludzie zaczynają mnie nienawidzić. (...) W moim piekle kasjerka, która zna wszystkich z kolejki oprócz mnie, zaczyna pogawędkę ze znajomymi. Gdy w końcu już dochodzę do kasy, postanawia zmienić w niej taśmę. (...) A kiedy wreszcie wychodzę ze sklepu przez obrotowe drzwi i po raz pierwszy od dłuższego czasu widzę promyki słońca, muszę zaczynać od nowa.” (s. 77-78).

5 komentarzy:

  1. Te cyferki to żaden spisek, tylko zawoalowane przesłanie autorki. Coś jak 'gra w klasy' ale na większą skalę. Pewnie w każdej książce z serii jest rozdział inaczej numerowany a ich zestawienie tworzy nową powieść. Co do okładki masz rację, pasowałaby bardziej do "moby dicka" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To byłoby świetne, gdyby rozdziały z różnych książek tworzyły nową opowieść! Ale obawiam się, że pozostaje to w sferze marzeń...
      "Moby Dick" bardzo mi się podobał (zabawny był ten motyw trumny, która stała się kołem ratunkowym), choć czytałam go już dawno i chyba czas zrobić powrót - przy okazji to jedna z nielicznych książek, którą zniszczyłam, bo za młodu dość amatorsko suszyłam w niej znaczki i potem skubane odrywały się z tekstem... ups! ;)

      Usuń
  2. No proszę, poza literaturą mamy jeszcze jedno wspólne hobby - ja też w młodości znaczki nasączałem lsd i cukrem a potem je suszyłem, żeby wrażenia były mocniejsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o_O Chyba aż tak barwnego dzieciństwa jak Ty to nie miałam...

      Usuń
  3. Tak? Ja myślałem, że wszystkie dzieci tak się bawią :)

    OdpowiedzUsuń